Blog

Uwaga, uwaga! Widzę po statystykach, jak sracie na okoliczne działy, więc przypominam, że mój blog, to nie tylko blog - to również kącik filmowy, kącik muzyczny, rysowanki, a teraz jeszcze facefuck. Wszystko dostępne zarówno z nawigacji, jak i z tego miejsca, co na nie właśnie patrzycie (dopóki go nie usunę).

Chamstwo, prostactwo i mordobicie

Data dodania: Wtorek, 27 grudnia 2016, 13:38

Rok temu umieściłem na moim pysznym blogu wpis "Liga niezwykłych dżentelmenów", a ostatnio jego kontynuację, zatytułowaną "Chamstwo i prostactwo", gdzie pojawił się taki tekst:

(...) można wykazać się elokwencją albo ciętą ripostą, za którą powinno się dostać w pysk, ale z jakiegoś powodu się nie dostaje.

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się koniec roku i potrzebne będzie jakieś podsumowanie, to z żalem muszę wyznać, że fragment o niedostawaniu w ryj zdążył się tak jakby zdezaktualizować, bo oto w końcu... dostałem wpierdol. Cóż - na własne życzenie i kiedyś w końcu stać się to musiało, co zresztą potwierdzili wszyscy moi znajomi, chujki, koledzy, kurwa.

Taki badziew, jak w przytoczonych wpisach, wylewa mi się z mordy szybciej, niż go wymyślę, często dopiero po kilku godzinach lub nawet dniach uświadamiam sobie, jak zabawną rzecz powiedziałem, przez co większość tych tekstów klasyfikowałem zawsze jako bełkot, który powoduje opad rąk, bo po usłyszeniu takiego gówna nie wiadomo, czy przypierdolić, czy się załamać, czy zaśmiać, czy zawiesić, czy po prostu olać. Do tej pory zawsze było drugie albo trzecie albo czwarte albo piąte, aż w końcu trafiło na pierwsze, po czym wkurwiony na siebie chodziłem jeszcze wiele miesięcy, bo przez własną głupotę mogłem sobie zrobić naprawdę duże kuku.

No i stało się - powiedziałem zbyt wiele zabawnych rzeczy w stronę zbyt wielu ponuraków naraz, po czym okazało się, że wyjątkowo kiepsko znoszę ciosy w mordę i w tył głowy. Po tej cennej lekcji zostałem wpakowany do karetki i odwieziony do szpitala, gdzie zrobili mi badania, więc przynajmniej wiem, że we łbie dalej pusto, ze szpitala natomiast musiała odebrać mnie Gochwa (Gochwa to taki ananas, co tak naprawdę ma na imię Gocha, ale prywatnie i tak wołam na nią po nazwisku, bo jest zajebiste. Ćpun, sportowiec, alkoholik i towarzysz podróży), bo "niech pan po kogoś zadzwoni, inaczej nie wypuścimy":

- Kurwa, to ja taki kawał po ciebie jadę, a tu tylko ryj obity, nawet nie ma na co popatrzeć. Ja ci pokażę zdjęcia, jak moja kumpela dostała od chłopaka, to dopiero zobaczysz, co to znaczy wpierdol.

Plus taki, że pizda pod okiem świetnie mi pasuje do koszuli, dzięki czemu w pracy wyglądam prawie jak Edward Norton, tym bardziej, że Gochwa to taka moja prywatna Marla Singer, co ma wiecznie fajka w mordzie, zachowuje się jak kutas i nie ma raka jąder.

No. A skoro już przy wpierdolach jesteśmy, to tak na koniec jeszcze jedna historia, której pewnie nie będę miał gdzie załadować, więc zrobię to teraz.

Wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze głupszy, poszedłem z dwoma kolegami na wódkę (czego normalnie nie robię, bo nie znoszę wódki). Pod sklepem spotkaliśmy dwóch chłopaczków, pochodzących z daleka, a że po szybkiej wymianie zdań okazało się, iż mamy wspólnych znajomych na drugim końcu Polski, to od razu i my zostaliśmy znajomymi, i zaproponowałem, żeby poszli na wódkę z nami.

Poszliśmy do parku, gdzie podczas picia jeden z nowych okazał się strasznym idiotą, co szybko wygarnął mu mój kolega, a do tego nowi pokłócili się między sobą i jeden obrażony poszedł od razu, a drugi po paru minutach. Po chwili postanowiliśmy pójść i my, a tu pech - drogę zajeżdża nam samochód, ze środka wypada pięciu gości z nożami i pałami, a wśród nich jeden z nowo poznanych, ze słowami, że pobiliśmy tego drugiego, kiedy pierwszy poszedł do domu.

Na widok sprzętu mało się wtedy nie posrałem, koledzy również, na szczęście goście byli na tyle ogarnięci, że woleli najpierw rozmawiać, potem napierdalać, i udało nam się wytłumaczyć, że ich kolega jest jeszcze większym idiotą, niż myśleliśmy, bo nikogo nie pobiliśmy.

A co wtedy zrobiliśmy my? Uznaliśmy, że nie odpuścimy takiej zniewagi, a że wiedzieliśmy, w jakim rejonie mieszka cała piątka, to wróciliśmy do domów po uzbrojenie - ja wziąłem nóż myśliwski (ten sam, który widać na zdjęciu w tym wpisie), koledzy po wielkim nożu kuchennym, i poszliśmy szukać ich po mieście, zaglądając na każdą posiadłość w poszukiwaniu znajomego samochodu i delikwentów.

Na szczęście nie znaleźliśmy, bo, kurwa, byłoby naprawdę źle - dziś blogowałbym w więzieniu, a najpewniej u pani bozi za piecem.

PS jak ktoś myśli, że się chwalę, to jest bardzo głupi, bo naprawdę nie ma czym.

Komentarze

Nikt jeszcze nie napisał komentarza - możesz być pierwszy.

Jeśli chcesz, możesz wystawić ocenę

Lajkuj, bądź na bieżąco: Attention Whore na Facebooku

wróć na górę ^