Blog

Uwaga, uwaga! Widzę po statystykach, jak sracie na okoliczne działy, więc przypominam, że mój blog, to nie tylko blog - to również kącik filmowy, kącik muzyczny, rysowanki, a teraz jeszcze facefuck. Wszystko dostępne zarówno z nawigacji, jak i z tego miejsca, co na nie właśnie patrzycie (dopóki go nie usunę).

O, jak ...

Data dodania: Poniedziałek, 26 grudnia 2016, 02:48

Rok temu wspominałem, że rozpocząłem prace nad serią opowiadań, gdzie tytuł każdego zaczyna się inną literą alfabetu. Podobnie, jak i wy, nie wierzyłem, że poza literą "T" powstanie choćby jedno więcej, a tu proszę - dzisiejszy wpis sponsoruje litera "O".

O, jak Ogłaszam was mężem i żoną

- ...i ogłaszam was mężem i żoną! - głos księdza odbił się echem po całej kaplicy, mieszając się z okrzykami radości i oklaskami. - Możesz teraz pocałować pannę młodą. - dodał duchowny z uśmiechem, patrząc to na pana młodego, to na jego świeżo upieczoną małżonkę.

Pocałowali się, w międzyczasie wynajęty fotograf biegał dookoła, niczym pies uwiązany do słupa, i robił zdjęcie za zdjęciem. Spojrzeli szczęśliwi w stronę obiektywu, pocałowali się raz jeszcze, po czym spokojnym krokiem ruszyli do wyjścia. Zatrzymali się dopiero za drzwiami, gdzie już czekała kolejka ludzi z życzeniami, prezentami i kopertami. Goście podchodzili kolejno z ciepłymi słowami, ktoś rzucił garść ryżu, ktoś inny monety na szczęście, niedaleko upadły świeżo cięte kwiaty. Sterta prezentów rosła, a życzeniom i gratulacjom wydawało się nie być końca.

W końcu zgiełk ustał i ludzie rozeszli się, większość z gości wróciła prosto do domów. Oleg i Olga zgodnie uznali, że nie chcą wesela. Nie dlatego, że byli młodzi i zbuntowani, bo nie byli - oboje byli z dobrych domów z tradycjami, oboje poukładani, wiedzieli, czego chcą od życia. Zwyczajnie było im szkoda pieniędzy, woleli zabezpieczyć swoją przyszłość, niż robić imprezę większą, niż to potrzebne, by móc cieszyć się swoim szczęściem - jedynie dla najbliższej rodziny i przyjaciół zorganizowali obiad w pobliskiej restauracji, a po wszystkim pojechali do domu, by napawać się nowym, wspólnym życiem.

Oleg pracował na co dzień w dużej agencji reklamowej, ale nie był gejem, za to na pewno był tradycjonalistą i gentlemanem - dlatego też, gdy tylko zatrzymali się przed, teraz już wspólną, willą, nie pozwolił Oldze nawet wysiąść z samochodu, tylko kazał czekać. Sam obszedł auto dookoła, po czym wyniósł swoją lubą na rękach, przeniósł przez próg domu i zaniósł prosto do sypialni, którą już wcześniej odpowiednio przygotował. Wielkie łoże z baldachimem usłane było płatkami róż, gdyby teraz leżała na nim naga Angela, wyglądałoby jak żywcem wyjęte z "American Beauty". W kątach stały wielkie kosze z różami, a w całym pomieszczeniu były porozstawiane świece i kadzidła. Gdy Olga to zobaczyła, po policzku spłynęła jej łza, taka ze szczęścia.

- Boże, jak tu pięknie. Mogłabym tu spędzić całe życie!
- Przecież tak będzie, głuptasie - odpowiedział ze śmiechem Oleg.
- Racja! Nie mogę uwierzyć, że wzięłam ślub! Iiiiiii!!! - zapiszczała, niczym nastolatka na widok nowego kucyka - Jestem taka szczęśliwa! - zrobiła pirueta i teatralnie upadła mężowi w ramiona.

Oleg zaśmiał się, położył ją na łóżku, ucałował i patrząc prosto w oczy powiedział:
- Ja również nie mogę w to uwierzyć. - pokręcił głową z radosnym niedowierzaniem i szeroko otwartymi oczami - Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!

Na chwilę oboje umilkli, patrząc na siebie nawzajem. Delektowali się samą swoją obecnością, do momentu, aż Oleg powiedział:
- Poczekaj chwilę.

I wyszedł.

Przez moment dało się słyszeć jakieś hałasy i brzdęk z pomieszczenia obok, a po chwili znów pojawił się w drzwiach, z butelką szampana i dwoma kieliszkami.
- Myślałem, że może na chwilę przeniesiemy się do salonu, ale chyba możemy zostać tutaj. I tak oboje wiemy, jak to się skończy - dodał, mierząc żonę wzrokiem od stóp do głów i puszczając oczko.

Olga nie miała nic naprzeciw, przytaknęła więc w milczeniu, kiwając delikatnie głową w przód i w tył. Oleg napalił w kominku, nalał po kieliszku szampana, przysunął krzesło i usiadł naprzeciwko żony, która wciąż siedziała na łóżku, skubiąc aksamitne prześcieradło.

- Trochę mi przykro, chyba nawet wstyd, że moja matka nie przyszła na nasz ślub, ale... no po prostu nie mogła, nie miała jak. Zresztą sam wiesz, że od śmierci ojca nie jest w stanie ruszyć się z domu.
- Wiem... też żałuję, bo bardzo ją polubiłem. - Oleg spojrzał w oczy swojej żony i po chwili dodał - No już, uśmiechnij się, niedługo zabiorę cię do niej w odwiedziny.

Olga natychmiast rozpromieniała.
- Nie marnujmy czasu na gadanie, tygrysie. Jestem twoja do końca życia, więc czyń swą powinność - powiedziała, uśmiechając się zalotnie, i niby niechcący zsuwając ramiączko.

Oboje byli tradycjonalistami, oboje byli wierni obyczajom wyniesionym z domów i wiedzieli, z czym wiąże się małżeństwo i wspólna przyszłość - żona ma siedzieć w domu i rodzić dzieci, a mąż ma im zapewnić życie w dostatku. Nie musiała powtarzać dwa razy. Pocałował ją namiętnie, sprawnym ruchem zerwał z niej suknię ślubną, jedną ręką rozpiął stanik, zaś drugą sięgnął do skrzynki z narzędziami.

To był jej pierwszy raz, wiedział o tym, zresztą nie mogło być inaczej, dlatego był tak delikatny, jak tylko mógł. Jak każda para, oboje obawiali się swojego pierwszego razu, wiedzieli, że drugi już nie będzie taki sam. Chcieli, żeby wszystko wyszło idealnie, dlatego najpierw przewiercił jej łokcie i kolana, na wypadek gdyby coś ją bolało, chciała protestować lub odepchnąć go. Niepotrzebnie. Olga siedziała nieruchomo, niczym mnich Shaolin podczas samospalenia - była tradycjonalistką, wiedziała, że tak jest dobrze i nie protestowała myślą, mową, uczynkiem ani zaniedbaniem.

Tradycja wymagała, by podczas nocy poślubnej pan młody używał tradycyjnych przyrządów, toteż najpierw odciął żonie prawą nogę ręczną piłą do drewna. Z lewą zeszło mu się trochę dłużej, ponieważ piła miała już swoje lata i nie była tak ostra, jak powinna, a kość udowa tylko pogorszyła sprawę, przez co, by dociąć do końca, musiał użyć struny od fortepianu (tradycyjnego, na klawiszach były jeszcze ślady plwocin po mukowiscydozie Chopina).

Oleg ucałował z miłością pozostałe po nogach kikuty, po czym sięgnął do kominka po przygotowany wcześniej pręt do znakowania bydła i przypalił końcówki odciętych kończyn, by zatamować krwawienie i zmniejszyć ryzyko zakażenia. Nie był pewien, czy to syknęła żona, czy też pieczone mięso, ale gdy spojrzał na jej twarz, zobaczył jedynie uśmiech i roześmiane, pełne miłości oczy, wpatrzone w niego, jak w obrazek. Tak, to musiało być mięso.

Następnie zabrał się za jej ręce. Ucałował obie dłonie z czułością, starannie wyssał brud spod paznokci, po czym nieśmiało wyłamał jej lewy bark ze stawów. Chrupnięcie rozdarło ciszę tej intymnej chwili, niczym chrupanie popcornu podczas seansu w kinie, ale już po kilku ruchach ramię chodziło na tyle luźno, że mógł nim wykonać pełen obrót o 360 stopni, zaś po zaledwie paru powtórzeniach pękła napięta skóra i mięśnie, i wystarczył tradycyjny nożyk do listów, by całkowicie odłączyć kończynę od ciała.

Przy drugiej ręce chciał trochę zaszaleć, żeby zaimponować żonie pomysłowością i nie dopuścić, by w ich związek wkradła się rutyna, a już na pewno nie pierwszej nocy. Pomysłów miał wiele, zresztą nie bez powodu przecież pracował w agencji reklamowej.

Przysunął krzesło, na którym siedział wcześniej, i ustawił je kilkadziesiąt centymetrów od łóżka. Ukochaną położył na krawędzi łoża i wyciągnął jej rękę tak, by przedramię leżało częściowo oparte na siedzisku, rozciągnięte między meblami, niczym most linowy nad przepaścią. Sam wdrapał się na łóżko, spojrzał na swoją drugą połówkę, powiedział "patrz na to" i zeskoczył na jej prawicę, celując stopami prosto w łokieć.

Niestety, najwyraźniej nie uważał na lekcjach fizyki, bo ręka nie urwała się, jedynie kości pękły w kilku miejscach, podobnie zresztą jak nogi od krzesła, a pociągnięta Olga gruchnęła o podłogę, niczym worek kartofli. Zaśmiała się, widząc niezdarność swojego męża, ale nie był to szyderczy śmiech, tylko taki pełen ciepła i zrozumienia. Wiedziała, że jest zakłopotany i próbowała go uspokoić.

- Kochanie, nie przejmuj się. Nic się nie stało, przecież możemy spróbować jeszcze raz... - powiedziała, głaszcząc go jednocześnie po głowie jedyną pozostałą kończyną.

Oleg poczuł się trochę źle, czuł w środku, że zawiódł jako mężczyzna, ale nie dał tego po sobie poznać, tylko od razu wziął się do roboty, by zatuszować wcześniejszy blamaż. Starannie ułożył żonę na podłodze, chwycił ją za nadgarstek, nogą stanął na krtani, żeby zabezpieczyć ciało przed niepotrzebnym szuraniem po posadzce, po czym szarpnął kilka razy. Poszło!

Przez siłę szarpnięcia przeleciał pół pokoju, a krew bryzgająca z trzymanego ramienia namalowała na ścianie parabolę, jakiej nie powstydziłby się sam Leonhard Euler. Ogień świec zatańczył od podmuchu, a jedna nawet zgasła, prawdopodobnie z emocji.

Pan młody w dowód miłości zaczął obgryzać amputowane kończyny, a Olga patrzyła ze wzruszeniem, jak kolejne kawałki jej ciała znikają w ustach ukochanego. Zjadł tyle, ile mógł, kilkoma kęsami nakarmił żonę, zaś resztę schował do zamrażarki.

- Reszta na później, dla ciebie. Przetopimy na kisiel lub zatrudnimy przeżuwacza, żebyś nie miała problemów z jedzeniem.
- Traktujesz mnie protekcjonalnie... ale ci wybaczam, bo jesteś kochany. Tylko już mnie tak nie rozpieszczaj, przecież sama potrafię gryźć. - na dowód tych słów delikatnie ugryzła go w ucho i mruknęła, niczym kot - Mrrrr...
- Teraz potrafisz, ale co będzie jutro? Nie mogę pozwolić, by coś ci się stało, muszę dbać o twoją przyszłość.

Zdarzało się, że z biegiem lat kobiety znudzone monotonią pożycia małżeńskiego chciały zmian lub rozwodu, a część z nich popełniała samobójstwa odgryzając sobie języki, by powoli się wykrwawić. Oleg nie bał się rozwodu, rozumiał, że z różnych powodów kobieta może chcieć odejść i nie zatrzymywałby jej siłą, ale nie wybaczyłby sobie, gdyby bliska mu osoba popełniła samobójstwo i na starość miałby zostać sam z wyrzutami sumienia.

By uprzedzić ewentualne przykrości, wyrwał żonie język za pomocą obcęgów, a po namyśle na wszelki wypadek powybijał jeszcze zęby. Szczęśliwie dostali w prezencie ślubnym młotek od brata panny młodej, więc zabieg, nawet jeśli sam wykraczał nieco poza tradycje, mógł być przeprowadzony tradycyjnym narzędziem. Porządny młotek, trzonek obity skórą, dobrze wyważony. Oleg, z gracją golfisty przymierzającego się do uderzenia piłeczki, przymierzył narzędzie do Olgowej żuchwy, po czym jednym sprawnym ruchem sprawił, że fruwające kawałki zębów, dziąseł i krwi na ułamek sekundy wypełniły przestrzeń sypialni, niczym biało-czerwone konfetti. Doskonały prezent.

Zasady były jasne i uczciwe - kobieta ma mieć zapewniony byt i bezpieczeństwo, mąż nie może krzywdzić jej, ani ich dzieci, pośrednio, ani bezpośrednio, a podczas inicjacji nie wolno amputować ani doprowadzić do uszkodzenia uszu ani piersi - kobieta ma słyszeć płacz dziecka i móc je nakarmić własnym mlekiem, żeby rosło zdrowe, silne i normalne.

Tradycja była tak stara, że nikt już nawet nie pamiętał jej korzeni, ale nikt nie miał wątpliwości, że jest wyjątkowa, słuszna i należy ją szanować. Ludzie postępowali w zgodzie z nią od tak dawna, że w wyniku ewolucji od lat wszystkie kobiety rodziły się już bez kończyn, dzięki czemu została przy okazji potwierdzona teoria Larmacka, która dotychczas spotykała się z ogromną krytyką środowisk naukowych. Olga była ostatnia, więc tak naprawdę ślub był trochę, jak kupno kota w worku, bo dopiero teraz, gdy oddała mu się w całości, Oleg mógł w pełni docenić, jaka była piękna. Już przed ślubem nie mógł nacieszyć oczu, ale o tym, co dała mu tej nocy, nie śnił nawet w najśmielszych marzeniach. Była doskonała. Perfekcyjna.

Wszedł na nią, potem w nią. Wewnątrz była tak samo doskonała, jak z zewnątrz. Perfekcyjna. Z rozkoszy próbowała go objąć nogami, ale przecież nie miała już nóg. Próbowała mu wbić paznokcie w plecy, ale przecież nie miała już rąk. Szturchnęła go tylko kończyną fantom, niczym weteran wojenny, po czym obrócił ją na brzuch i przez resztę nocy kochali się w pozycji na pieska, tylko takiego z przetrąconym kręgosłupem, co to nie może podnieść dupy do góry, bo nie ma się jak podeprzeć.

Skończyli jednocześnie, wspólny orgazm był ukoronowaniem ich miłości. Po wszystkim leżeli wpatrzeni w sufit, a w całym pokoju unosił się zapach potu, krwi, spermy i szampana.

- Jestem taki szczęśliwy. Nie mogę uwierzyć, że cię mam.
- Mhgmghmmsfw... - odpowiedziała, patrząc na niego z miłością.
- Znam cię dopiero od roku, przed nami jeszcze tyle chwil!
- Khrrrhympfff yrrhhyrhhh bulguughh! - powiedziawszy to, Olga przejechała policzkiem po jego twarzy, niczym kot ocierający się o nogę pana.
- Myślałaś kiedyś, jak nazwiemy nasze pierwsze dziecko?
- Ooomppphhkek?

Dochodził ranek, za oknem dało się zauważyć wschodzące leniwie słońce. Miłość miłością, ale Oleg wiedział, że musi iść do pracy. Nie mógł się spóźnić, więc powoli wyszedł z łóżka, ucałował żonę w czoło, po czym do odbytu wsunął jej wielką tubę, do dróg moczowych podłączył cewnik, a końce przewodów wystawił za okno. Chciał dla swojej życiowej partnerki jak najlepiej i nie mógł pozwolić na to, by czuła się skrępowana, gdyby musiał ją myć lub wycierać po przypadkowym obsraniu.

Po wszystkim wsunął jej do gardła długą rurę, podobną do tej, której używa się podczas tuczenia gęsi na foie gras, a na sam koniec wcisnął kciukami oczy do środka i starannie, z miłością, wysiorbał całą galaretę z krwią, wylizując dokładnie oczodoły - a wszystko to po to, by nic jej nie rozpraszało podczas kolejnych cykli zapładniania i porodów, ani żeby żaden inny mężczyzna nie wiódł jej na pokuszenie i nie doprowadził do zdrady. Owszem, miłość, więzy małżeńskie, zaufanie, ale przede wszystkim - tradycja. Zgodnie z tradycją lepiej zapobiegać, niż leczyć, i oboje o tym wiedzieli.

Założył garnitur i skierował się w stronę drzwi.

- Idę do pracy, pa, kochanie! Do zobaczenia za dziewięć miesięcy.
- Pffhmmmtsseeee!

I żyli długo i szczęśliwie.

Komentarze

Nikt jeszcze nie napisał komentarza - możesz być pierwszy.

Jeśli chcesz, możesz wystawić ocenę

Lajkuj, bądź na bieżąco: Attention Whore na Facebooku

wróć na górę ^