Blog

Uwaga, uwaga! Widzę po statystykach, jak sracie na okoliczne działy, więc przypominam, że mój blog, to nie tylko blog - to również kącik filmowy, kącik muzyczny, rysowanki, a teraz jeszcze facefuck. Wszystko dostępne zarówno z nawigacji, jak i z tego miejsca, co na nie właśnie patrzycie (dopóki go nie usunę).

Pieprz sofę w zielone prążki [zdjęcia]

Data dodania: Niedziela, 11 grudnia 2016, 23:43

Odkąd żeś sobie życie poukładał, to już nie masz o czym pisać, ta twoja "trylogia" to straszne gówno, a "dwójka" to same flaki, nuda i dygresje.

Wychodzi na to, że jestem jak Mickiewicz, czy tam Sienkiewicz, jeden chuj - nie dość, że napisałem trylogię, to jeszcze równie marną, tylko finał ciekawszy. Kto chce, ten może wierzyć, a kto nie, ten nie, ale "serię niefortunnych zdarzeń" napisałem w czerwcu, a opublikowałem nie w czerwcu, tylko z dużym opóźnieniem (umysłowym również), a jest to o tyle istotne, że był tam taki fragment:

I dlatego pewnie skończę jak Tyler Durden - nazbieram gratów, których nie chcę ani nie potrzebuję, aż w końcu dorosnę, powiem samemu sobie "pieprz sofę w zielone prążki" i wypierdolę wszystko w powietrze, razem z całą chałupą.

No i proszę - myślenie życzeniowe, bo kilka tygodni później nastąpiła eksplozja w centrum Warszawy, a ja zostałem bezdomnym blogerem (co również publikuję z opóźnieniem).

Normalnie bym się adresem nie pochwalił, bo lubię swój święty spokój i jako taką prywatność, do tego stopnia, że tylko trzy osoby wiedziały, gdzie mieszkam, i gdyby coś mi się stało, to nikt by się o tym nawet nie dowiedział, ale skoro już mnie tam nie ma i nie będzie, to proszę bardzo.

Mieszkam sobie w samym centrum stolicy, wszędzie mam pięć minut piechotą, a moje życie kręci się wokół bloku. Z jednej strony ulubiony bar, w którym przechlałem fortunę. Z drugiej strony sala prób, w której grałem z moim zespołem. Z trzeciej strony praca, po drugiej stronie ulicy. Od faceta z bloku obok kupiłem rok wcześniej pierwszy motocykl, a po zamknięciu baru siedzę do rana w samochodzie na parkingu i jak ostatni wieśniak słucham na całą pizdę death metalu, chlając przy tym wino z Gochwą, która ma biuro w budynku naprzeciwko (Gochwa to taki ananas, co tak naprawdę ma na imię Gocha, ale prywatnie i tak wołam na nią po nazwisku, bo jest zajebiste. Ćpun, sportowiec, alkoholik i towarzysz podróży).

Wszystko z przypadku, bo najpierw kupiłem motocykl, potem znalazłem bar, potem mieszkanie znalazło mnie, praca też mnie znalazła, a salę polecono mi w pracy. I tak stoję przed tym barem i myślę: "kurwa, a może to jakieś przeznaczenie? Pani boziu, po co mnie tu sprowadziłaś, co chcesz mi przekazać?".

No i już wiem - do baru przestałem chodzić, bo co za dużo, to i świnia nie zje, do sali przestałem chodzić, bo mieliśmy problem z basistą, firma się rozrosła i przeniosła biuro do innej dzielnicy, jak oddałem motocykl do warsztatu, to mi barany silnik rozpierdoliły i trzymały go ponad miesiąc, a mieszkać przestałem, bo mnie z hukiem (dosłownie) eksmitowano. Tyle, jeśli chodzi o znak od bozi.

Stranger Things

Ktoś mi powiedział, że to taki super serial, który koniecznie trzeba obejrzeć, bo och i ach, chociaż już raz ktoś mnie tak namówił na "Lost" i od tamtej pory omijam seriale jeszcze bardziej, niż kiedyś. No, ale ten jest krótki i ma mało odcinków, to siup, po herbatkę i do wyra, spacja i film leci - i jeszcze nie zdążył zniknąć ten mały kutasiarz, a już miałem swoje własne Stranger Things, gdybym robił herbatę chwilę dłużej, pewnie przeniósłbym się razem z bohaterami do tego świata, co to nie pamiętam jego nazwy, a wygląda jak zerżnięty z "Silent Hill", bo wszystko, co było na drodze klatka - kuchnia - przedpokój - duży pokój, zostało zmiecione pancernymi drzwiami, które przeleciały przez całą chałupę, wyrywając po drodze kolejne drzwi razem z futryną, a od podmuchu popękały nawet szyby na drugim końcu mieszkania.

Słyszę jakiś hałas i myślę: "pewnie sąsiad coś przesuwa albo suszarka z praniem mi się znowu wypierdoliła". Wychodzę z gołą parówą do przedpokoju, patrzę - suszarki faktycznie nie ma, a do tego drzwi wejściowe są otwarte. Dezorientacja. Pierwsza myśl - od dwóch miesięcy miałem wyłączony telefon, więc może to właściciel mieszkania chce sprawdzić, co się ze mną dzieje - dlatego włamuje się o czwartej rano do swojej chałupy, to logiczne (tym razem już na pewno wiem, na jakich obrotach pracuje umysł w nieoczekiwanych sytuacjach). Co lepsze, tej nocy coś mnie podkusiło, "naładuj telefon na rano, może być potrzebny" - no i był.

Ale dobra, drzwi otwarte, nikt nie wchodzi, to ja wyjdę. Zakładam spodnie, wychodzę - cała klatka rozpierdolona, dookoła pełno gruzu, nie ma ściany i części balkonu. Dezorientacja. Szybka kalkulacja, jak w "Oldboyu" - "komu podpadłem?". No kurwa, nikomu. To kto mnie tu wysadza?

Na korytarzu półnagi sąsiad drze mordę, że chyba gaz wybuchł, a z jego mieszkania leci dym. Dociera do mnie, że pora spierdalać, więc wracam do chałupy po jakieś ciuchy (i laptopa oczywiście) i dzwonię na 112.

Dopiero wtedy zauważam cały ten syf, na który wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi (pewnie dlatego, że na co dzień w zasadzie mieszkam w podobnym) - dzień wcześniej zrobiłem pranie, naszykowałem sobie graty na wyjazd i położyłem wszystko koło drzwi, żeby po robocie tylko szybko wpaść, wziąć i wypierdalać na wczasy, naszykowałem też worki ze śmieciami do wyniesienia rano, a teraz wszystko to leżało przeszurane po całej podłodze, przygniecione, porwane, w butach pełno szkła z luster i drzwi.

Przy okazji znajduję w dużym pokoju drzwi wejściowe i dopiero wtedy dociera do mnie, że wcale nie są otwarte, tylko wbuchło mi je do mieszkania.

Trochę z opóźnieniem, ale lepiej późno, niż wcale, zaczynam rozumieć, że "o kurwa, było blisko", gdyby mnie te drzwi trafiły, to skończyłoby się radosne blogowanie, więc łapie mnie nerw, a ja łapię za telefon.

- Gochwa, chyba nie pojedziemy dziś na Mazury.
- Dlaczego?
- Bo wybuchł gaz u sąsiada i jest pożar, całe mieszkanie jest rozpierdolone, zaraz stąd spierdalam.
- A, no dobra.

Walnęło tak, że z klatki wywaliło okna razem z ramami, w banku po drugiej stronie ulicy poszły szyby, a w budynek naprzeciwko powbijały się kawałki szkła z roztrzaskanych okien.

A tu, dla lepszego zobrazowania, odległość między budynkami:

Prawie, jak u Kajetana Poznańskiego:

Straż pożarna przyjechała zanim większość ludzi się zorientowała, co się stało, sam ze strażakami mijałem się jeszcze na klatce schodowej, a ponieważ były obawy, że budynek się zawali, w kilka minut wszyscy mieszkańcy bloku zostali wypieprzeni na ulicę. Niektórzy stali owinięci kocami lub w szlafrokach, po chwili zjechały się też hieny ze szmatławców (telewizyjnych również), żeby potrzepać hajs na ludzkiej tragedii.

Dwa tygodnie wcześniej mieliśmy ze znajomymi w tym samym budynku inną przygodę. Poszliśmy pić na dachu, a tu jedna stara kurwa wezwała straż miejską, bo "czuje się przez nas zagrożona".

- Czemu po prostu nie poprosiła pani, żebyśmy stąd poszli?
- Bo czuję się przez was zagrożona.
- To czemu teraz pani tu jest? Teraz, jak pani ze mną rozmawia, już nie czuje się zagrożona?
- Czuję się.
- Nawet w obecności tych panów?
- Tak.

Byliśmy mocno wypici (ale zapewniam, że bardzo grzeczni i nieagresywni, zarówno przed, jak i w trakcie interwencji), przez co strażnicy mogli z nami zrobić, co chcieli, a na koniec wywieźć na izbę, bo i tak by była nasza wina, więc ochoczo wykorzystali okazję - jebnęli mojego kolegę na glebę, skuli w kajdanki i zapakowali do lodówy, mi przy próbie pomocy próbowali wyjebać z gazu, a koleżance przycięto palce drzwiami, po czym wystawiono nam rachunek za te fajności - po 200zł na głowę, bo stara rura "czuje się zagrożona" tym, że siedzimy na dachu. Niewiele brakowało, a dostałbym jeszcze dokładkę za obrazę jednego z funkcjonariuszy.

- Będę rozmawiał tylko z panem, bo tego drugiego się boję.
- [drugi] To dobrze, że pan się boi.
- Nie z panem rozmawiam, poza tym nie boję się dlatego, że jest pan strażnikiem, tylko dlatego, że jest pan niezrównoważony. Proszę podać nazwisko kolegi, poszukam, czy nie ma o nim czegoś na forach dla impotentów, może żona mu nie daje i musi się dowartościować. Czy ta obrączka to tylko przykrywka?
- [drugi] Zaraz dołożę panu jeszcze mandat za obrazę funkcjonariusza.
- Nie z panem rozmawiam, poza tym pytałem o nazwisko.
- [drugi] A ja mówię, że zaraz dołożę panu jeszcze mandat za obrazę funkcjonariusza.
- Ale ja pana nie obrażam. Proszę podać nazwisko.
- [drugi] Szyderuje pan ze mnie.
- Nie szyderuje...
- [drugi] Szyderuje pan.
- Nie "szyderuje", tylko "szydzi", bałwanie.

No i po wybuchu spotkałem tę zagrożoną, starą rurę, wśród reszty mieszkańców pod blokiem, więc skorzystałem z okazji i podszedłem.

Dzień dobry, pamięta mnie pani? Ten wybuch to kara za tę straż miejską sprzed dwóch tygodni. Fajnie nas ściągali z dachu, co?

Później staliśmy w kolejce do busa z herbatą, następnie bus miał nas gdzieś porozwozić, żeby nie pizgało, ale jak tu jechać, jak w mieszkaniu drzwi nie ma, i zaraz mi biedota opierdoli chałupę z mojej kolekcji tanich dezodorantów, roweru i wódki.

- Dokąd jedzie ten autobus?
- Nigdzie nie jedzie, ma rury wydechowe skierowane do wewnątrz, będą dobijać tych, co przeżyli, jak w Auschwitz. Pani wsiada.

Po piętnastu godzinach pod blokiem policja pozwoliła wejść do mieszkania i spakować najważniejsze rzeczy, razem ze mną wpuścili Gochwę. Było jasne, że jak coś zostanie, to odbiorę to najwcześniej za kilka tygodni albo wcale, więc trzeba było zrobić tak, żeby zostało tylko to, po co już się nie chce wracać. Mieliśmy na spakowanie gratów 30 minut, nie było czasu na myślenie i układanie, wszystko ładowaliśmy w wory na śmieci i wynosiliśmy na ulicę.

Zabrałem wszystko, co niezbędne, włącznie z wielkim pluszowym chujem, którego dostałem na urodziny od najbliższych kolegów, Analnego Adama (tak, naprawdę mam kolegę o takim pseudonimie) i tego od srania do reklamówki w kuchni - i tu należy przyznać, że policja zachowała się bardzo ładnie, bo nie dość, że pozwolili nam pić pod blokiem w oczekiwaniu na rozwój sytuacji, to nawet policjantki zaoferowały pomoc w noszeniu (zresztą zawsze z policją dobrze żyłem, bezużyteczny margines społeczny trafia tylko do straży miejskiej).

Niestety, żadna z pań nie chciała nieść pisiora-przytulanki (chociaż był najlżejszy, do wyboru miały jeszcze rower i graty perkusyjne - wybrały graty perkusyjne), za to z kilku innych pięter zlecieli się funkcjonariusze poinformowani przez krótkofalówki, żeby zobaczyć na własne oczy, jak ktoś mając 30 minut na pakowanie, może w takiej sytuacji ratować wielkiego, włochatego kutasa.

A potem zrobiłem to, co w tej sytuacji było najrozsądniejsze - uznałem, że moja obecność tutaj i tak nic nie zmieni, więc wjebałem wszystko do samochodu i obładowany całym dobytkiem, jak cygan, pojechałem na Mazury, gdzie zrobiłem przegląd, segregację, pranie i w ogóle.

Odbyło się rytualne całopalenie przeszłości i rozpoczęcie nowego życia (prawie, jak dojrzewanie), dość gwałtownie przeszło mi uwielbienie do rzeczy materialnych, zawsze sobie mogę kupić drugą ukochaną kurtkę, buty czy inne gówno, i nie ma co za nimi płakać (no chyba, że to rower).

Ale co ja bym zrobił bez wsparcia najbliższych. Na przykład Kazach, z którym pracuję - dowiedział się od ludzi z firmy, co się stało i dzwoni do mnie:

- ¡Hola! Alive?
- Yep.
- Big bada boom, big bada boom!

I rozłączył się. Kilka dni później przychodzę do biura, siadam i nagle słyszę za plecami niepolski z rosyjskim akcentem:

Halo, Ahmed? Mówiłem ci, co masz zrobić, miałeś tylko jedno zadanie, zapłaciłem ci i nawet dałem bombę, a on nagle przyszedł do biura i ciągle żyje. Przez ciebie wciąż jestem deweloperem numer dwa!

Albo kolega (ten sam, który kiedyś zabił dziecko):

- No i jak tam po wczoraj?
- Spoko, zabrałem wszystkie graty, wpierdoliłem do fury i pojechałem na wczasy, siedzę teraz na Mazurach, ale nie powiem - mocne przeżycie.
- Dosłownie "przeżycie", dobrze, że skończyło się przeżyciem, a nie prześmiercią.

No i sms, po którym się prawie wzruchłem, chociaż nie wiem, czy słusznie, bo osoba, która go wysłała, była właśnie w kilkudniowym ciągu alkoholowym:

Stary, kocham cię. Właśnie tak pomyślałem, co bym zrobił bez ciebie, nie dam rady wyobrazić

I tak już zupełnie na koniec wisienka: w poprzednim wpisie wspomniałem nieco o pierdolniku, który potrafię zrobić wokół siebie - otóż właściciel obszedł mieszkanie, obejrzał pozostałe pokoje, nieobjęte wybuchem, i tak wszystko podsumował:

Zbyt dużego porządku to pan tam nie miał, w zasadzie to ten wybuch tylko dopełnił dzieła.

Co z kolei Gochwa skwitowała tak:

Będzie pamiętał dwie rzeczy z tego dnia - wybuch gazu i twój pokój, nie wiadomo, co bardziej. Sama z rozpędu zrobiłam tam zdjęcia, zanim dotarło do mnie, że tak już było wcześniej.

PS swoją drogą, to już kolejny raz, kiedy tytułem bezpośrednio nawiązuję do filmu, którego tytułu nie wolno wymawiać, a treścią to jeszcze więcej, bo na przykład tu.

Komentarze

Nikt jeszcze nie napisał komentarza - możesz być pierwszy.

Jeśli chcesz, możesz wystawić ocenę

Lajkuj, bądź na bieżąco: Attention Whore na Facebooku

wróć na górę ^