Blog

Uwaga, uwaga! Widzę po statystykach, jak sracie na okoliczne działy, więc przypominam, że mój blog, to nie tylko blog - to również kącik filmowy, kącik muzyczny, rysowanki, a teraz jeszcze facefuck. Wszystko dostępne zarówno z nawigacji, jak i z tego miejsca, co na nie właśnie patrzycie (dopóki go nie usunę).

Seria niefortunnych zdarzeń

Data dodania: Czwartek, 27 października 2016, 13:33

Mamy listopad, a wy czytacie właśnie wpis z czerwca. Poprzedni miał być jednorazowym wrzutem na szybko, żeby odreagować moje lotnicze pierdolce, ale tak się ociągałem z publikacją, że w międzyczasie zdążył się wydarzyć ciąg dalszy (właśnie go czytacie) i jeszcze dalszy, aż ze wszystkiego zrobiła się trylogia. Po trzeciej części i tak nikt mi nie uwierzy, ale chuj tam - jedziemy z "dwójką" i kończymy nudne życiówy, bo jak tak dalej pójdzie, to się nie wyrobię z wpisem noworocznym i kilkoma zajebistościami, które czekają na wypłynięcie (coś, jak gówno z szamba).

Żeby za dużo nie pierdolić – lubię świnie, miałem świnię, jestem świnia, więc czasem kupuję sobie rzeczy ze świniami, tylko po to, żeby móc je pierdolnąć w kąt – na przykład nie mam psa, ale za to mam dla niego gumową świnkę-zabawkę, której ze starości sparciała piszczałka, mam też świnkę-pacynkę z guzikami do chrumkania, które nie działają, bo wyjebało baterie, i kilka innych, niepotrzebnych świńskich bzdetów. Wszystko leży jebnięte i tylko przeszkadza, więc żeby przeszkadzania było więcej, to podczas ostatniej wizyty w Maladze dokupiłem sobie kubek ze świnką - taką z nóżkami, ryjkiem i w ogóle, a żeby się nie marnował, jak pozostałe świnkośmieci, to cały w skowronkach zabrałem go do biura.

W biurze pusto i święty spokój, siedzę więc jak panicho, piję kawę ze świnkubka i dłubię w laptopie, aż tu nagle dzwoni telefon. Odbieram – cisza. Po chwili słyszę jednak koleżankę-szynkę, więc odstawiam laptopa, odstawiam kawę i wychodzę popierdolić na tarasie, żeby móc tak słodko i przaśnie zacząć wyjątkowo pechowy dzień, w którym z wkurwienia aż musiałem dwa razy wyjść z biura i drzeć ryja, żeby czegoś nie rozpierdolić.

Wracam i coś mi nie gra, ale jeszcze nie wiem co (już raz się zastanawiałem, jak szybko umysł kojarzy fakty i dostosowuje się do nieoczekiwanej sytuacji). Świnkubek pusty, ale pewnie dopiłem i nie pamiętam, no bo przecież nikt by za mnie nie wypił, laptop leży gdzie indziej, ale że akurat przyszedł kolega, to na pewno przełożył, bo mu przeszkadzał, więc dobra - dość pierdolenia, robota czeka (nie pamiętam, z czego to cytat). Siadam, a tu jeb, taki chuj wielki (za to pamiętam, z czego jest ten cytat), internet nie działa. Patrzę - modem USB rozłupany na dwie części (noszę do roboty swój prywatny internet, żeby nikt mnie nie mógł blokować ani monitorować, dzięki czemu ja mam Youtuba, a inni nie), więc odwracam się do kolegi, który właśnie przyszedł, ale nic nie mówi.

- Coś ty kurwa zrobił?
- No trąciłem fotelem, bo postawiłeś za moim fotelem i nie widziałem.
- Nie było cię nawet w biurze, fotela też nie było, więc jak mogłem postawić za twoim fotelem?
- To twoja wina, bo postawiłeś za moim fotelem.

Kolega jest z Kazachstanu, nie mówi po polsku, więc trzeba się do niego zwracać po niepolsku, ale że z wkurwienia zagotowałem się jak woda w czajniku, to aż zapomniałem niepolskiego i wylałem z siebie morze polskich kurew (te słowa kolega akurat rozumie doskonale, od siebie nauczyłem go jeszcze znaczenia "burdel" i "pierdolnik" w każdym możliwym kontekście, oraz polsko-niepolskich wyrażeń, takich, jak "many kurwa hours" i "very kurwa nice", dzięki czemu świetnie się uzupełniamy podczas gwałtów multi-kulti. Boziu, pamiętam, jak z okazji otwarcia nowego biura nasza sekretara oprowadzała zagranicznego inwestora, "here we have to i tamto", a ten egzotyczny kolega wyszeptał mi za plecami, że "powinniśmy ją zgwałcić na jego oczach i patrzeć, jak się masturbuje").

Ale dobra, liczę do dziesięciu, to tylko zasrany modem, pewnie popchnął fotelem, otworzyła się obudowa, nic wielkiego - najważniejsze, że nie spierdolił na podłogę laptopa ani kubka, więc idę po nową kawę, bo przecież starą wypiłem. Patrzę, a tu jeb, taki chuj wielki - świnkubek ukruszony, świnka ma złamaną nóżkę, a laptop dziwne smugi. Szybko ułożyłem sobie w głowie puzzle: on jednak spierdolił mojego laptopa razem ze świnkubkiem, kawa ze świnkubka zalała laptopa, świnkubek się ukruszył i myślał, że nie zauważę.

- Coś ty kurwa zrobił?
- No trąciłem fotelem, bo postawiłeś za moim fotelem i nie widziałem.
- Czy ty żeś to wszystko po prostu spierdolił na podłogę?
- No tak, ale to twoja wina, bo postawiłeś za moim fotelem.

Ale dobra, liczę do dziesięciu, to tylko zasrany kubek, polecę do Malagi specjalnie po drugi, póki co biorę się do roboty. Patrzę, a tu jeb, taki chuj wielki - rozłupana obudowana od laptopa.

Mam ten sprzęt od ponad roku, nie miał nawet jednej rysy, nigdy nie upadł. Kubek przetrwał łącznie jakieś 3000km w samolocie, samochodzie i autobusie, w drodze nawet o nim zapomniałem i przygniotłem kilkoma litrami wina. Wystarczyła jedna minuta, żeby ktoś to wszystko spierdolił, więc wylewam z siebie kolejne morze polskich kurew.

- No kurwa mać!
- What?
- Kurwa, please, leave me alone (równie rozpaczliwe, jak w oryginale).
- Ok...

Spakował graty i poszedł piętro niżej, miesiąc później wyznał mi, że jak się wkurwię, to naprawdę robi to wrażenie i da się wtedy odczuć potęgę polskiego "kurwa", a nie jakieś tam "fuck" dla ciot. Myślałem, że go z wkurwienia deportuję, ale na szczęście w porę sam się zreflektował, zgubił dokumenty i musiał na kilka tygodni wyjechać z powrotem do Kazachstanu, żeby wyrobić nowe. Tyle dobrego, mogę kurwić w samotności.

Z całej tej samotności aż mi się przypomniała sytuacja sprzed dwóch lat, jak graliśmy koncert w Białymstoku i w drodze powrotnej wokalista usiadł na moich słuchawkach. Ok, spoko, zdarza się, ale do kurwy nędzy - on siedział na nich trzy godziny, trzy godziny na tych wielkich słuchawkach i nie czuł, że coś jest nie tak. Słuchawki miały dwa lata i nie miały nawet jednej rysy, a on w trzy godziny sprawił, że wyglądały, jakby je ktoś włożył do dupy i wyjął ryjem, aż mną trzęsie za każdym razem, gdy sobie o tym przypomnę.

- Robisz problem z niczego, nieważne, jak wyglądają, ważne, że działają. To twoja wina, bo położyłeś za blisko mojego fotela i nie zauważyłem.

Psujów nie lubię, ale kurwa, jeszcze bardziej nie lubię debilnych tłumaczeń i odwracania kota ogonem, nie znoszę, kiedy ktoś za mnie decyduje, co lubię, co chcę robić, gdzie i z kim, co jest dla mnie ważne i dobre, a kiedy mam do czynienia z idiotą, dostaję kurwicy (zresztą ja w ogóle często dostaję kurwicy). Była kiedyś w gadu-gadu taka emotikonka z waleniem głową o ścianę. To ja.

Ale ukruszony świnkubek i laptop spadający na podłogę to przecież za mało na najbardziej pechowy dzień, bo niedługo potem przychodzi koleżanka i psuje mi samotność (nawiasem mówiąc, to koleżanka jest dziwna, bo raz wygląda tak, że muszę wyjść zwalić konia w sali konferencyjnej i spuścić się na laptopa, a raz wygląda tak, jakby przyszła za nią do pracy brzydsza siostra, której nie ma, pytałem).

- Yo, gdzie leziesz?
- Na papierosa.
- To idę z tobą.

No i wychodząc na taras zahaczyłem o jakieś gówno i rozerwałem buta. Takiego nowego, pięknego dresiarskiego buta, którego nie założyłby nawet żaden szanujący się dresiarz (kawałek widać na zdjęciu w tym wpisie, ale to nie oddaje całego wieśniactwa w pełnej okazałości), a ja wydałem fortunę, kupiłem z przekory, bo jako metalowy grajek muszę być bardziej dresiarski, niż dresiarze, i noszę z dumą każde dresiarskie gówno, jakie wynajdę. Jeszcze żebym chociaż palił, ale nie, musiało się rozpierdolić, jak chcę być miły dla baby i wychodzę dla towarzystwa.

Patrzę na tego buta i mówię: "kurwa, już nawet nie mam siły się wkurwiać, dziś mam próbę, jutro gram koncert, spokój". No to pakuję graty, idę na tę zasraną próbę, wsiadam na tego swojego dwukołowca do wyrywania dup, który najwyraźniej nie działa, bo nikt się na niego nie wyrywa, a tu jeb, taki chuj wielki - upadł mi kask i porysowała się cała szybka, do tego w trakcie jazdy pękł mi pasek od zegarka, a gdy sobie przypomniałem cały ten kurewski dzień, to z wkurwienia złapałem piach na zakręcie i prawie się wyłożyłem w centrum miasta.

Jestem typem, który z powodów, których sam nie rozumie, przywiązuje się do nabytych rzeczy i lubi je mieć w określonym stanie (zaburzenie to ma pewnie jakąś swoją nazwę) - ale tylko do niektórych, bo niektóre ma w dupie i nie dba o nie w ogóle (i tej selekcji też nie rozumiem), a jednocześnie robi wokół siebie tak kosmiczny syf, że wszystko i tak niszczy się samoistnie, rozpierdolone po podłodze w całym lokalu – raz na przykład rozpieprzyłem nogę i zalałem krwią całą chałupę, bo stanąłem na kieliszku po wódce, innym razem stanąłem na desce z gwoździem (dwa razy tego samego dnia, na tej samej desce), a jeszcze innym... a, w ogóle syf to temat na osobny wpis.

Na przykład rower. Kocham mój rower - do tego stopnia, że stoi u mnie w pokoju, czego nikt nie rozumie, bo przecież "na rower to jest garaż, balkon albo piwnica", a jedna z moich miłości była o niego tak zazdrosna, że zaproponowała, bym ruchał rower zamiast niej i żebym z nim spał, a rower dostał pseudonim "księżniczka". Ale to pewnie dlatego, że jak przychodziliśmy do mnie, to najpierw wprowadzałem rower, a potem ją – i dobrze na tym wyszedłem, bo jej już nie ma, a rower dalej jest, tylko masturbacja przy Marillion mi została.

Raz nawet, gdy jakiś kutas mnie potrącił i zrobił księżniczce rysę, zadzwoniłem wkurwiony do kolejnej osoby, z którą coś tam mnie kiedyś łączyło (obiecałem sobie, że nigdy nie zaśmiecę bloga tą osobą w jakimkolwiek kontekście, ale jak widać, moje słowo jest gówno warte nawet dla mnie, jeśli trzeba przytoczyć coś wyjątkowego, na przykład rower):

- Jakiś kutas mnie dziś potrącił, mam rysę na rowerze i jestem wkurwiony.
- Czy ty jesteś pojebany? To tylko rower.
- To nie jest "tylko rower", wolałbym, żeby ktoś ci oblał twarz kwasem, niż mieć rysę na rowerze.

Tak właśnie było.

Lubię rzeczy mieć, patrzeć na nie, wąchać, podziwiać i lizać im jaja. Mogę mordować, gdy ktoś mi coś zniszczy, albo samo się zniszczy, albo ja zniszczę przypadkiem coś, co lubię. Na samą myśl, że jakiś debil zrzucił mojego laptopa, który nie upadł mi nigdy, mam ochotę wsadzić mu pogrzebacz w pizdę. Zresztą już raz pisałem o tym, jak wydałem 500zł na serię książek, tylko dlatego, że na jedną ktoś mi wylał piwo, a z tego samego powodu chociażby motocykl kupiłem już uszkodzony – sam się na nim wyłożyłem już kilka razy i za każdym razem po prostu wstaję i nawet go nie oglądam, tylko jadę w cholerę. Dlaczego? Bo gdybym kupił nówkę, to najpierw bym zatamował ruch i na widok rysy płakał na środku ulicy, potem z wkurwienia zajebałbym mu kopa, a na koniec darł ryja na wszystkich dookoła, którzy mi nie współczują.

Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy. Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie.

Jakoś tak to szło. I dlatego pewnie skończę jak Tyler Durden - nazbieram gratów, których nie chcę ani nie potrzebuję, aż w końcu dorosnę, powiem samemu sobie "pieprz sofę w zielone prążki" i wypierdolę wszystko w powietrze razem z całą chałupą.

Z tego wszystkiego zadzwoniłem do kolegi, który uwielbia słuchać moich wkurwień i rozpaczy, a do tego ma cierpliwość jak mało kto, bo wkurwień i rozpaczy mam wiele, a on jeszcze odbiera moje telefony (to musi być naprawdę dobry kolega). Mówię: "kurwa, jeszcze trochę, a pojadę windą do nieba i spuszczę pani bozi wpierdol za wkurwianie mnie i rozpierdalanie nerwów. Jakby nie mogła na chwilę zmienić praw fizyki albo po prostu złapać tego jebanego kubka, laptopa albo kasku, ot tak po prostu, z dobroci serca i niewkurwiania mnie, kurwa, kurwa, kurwa". Kolega jest dobrym kolegą i poprawił mi humor momentalnie, bo okazuje się, że nie tylko ja mam złe dni.

- No faktycznie brzmi to strasznie pechowo. Opowiedzieć ci w zamian mój najbardziej pechowy dzień w życiu?
- Dawaj.
- Wiele lat temu zabiłem dziecko.
- Co?
- No, jechałem samochodem, nagle na trasie wyskoczyło dziecko, potrąciłem je, zabrała je karetka i zmarło w szpitalu. Burza, deszcz, pioruny, świadkowie gotowi do linczu, a ja trzymam to dziecko na środku drogi, próbowałem je reanimować, dopóki nie przyjechało pogotowie.
- Dzięki stary, poprawiłeś mi humor. Mogę to opisać na blogu?
- Możesz, tylko bez nazwisk.

Nawet, jeśli kolega kłamie, żeby mnie pocieszyć, to świnkubek wciąż boli, ale już trochę mniej, bo jak to śpiewał Kazik:

Hej hej hej,
Hej hej hej,
Inni mają jeszcze gorzej

Ale nie da ukryć się, że są tacy, którym jest lepiej.

Komentarze

Nikt jeszcze nie napisał komentarza - możesz być pierwszy.

Jeśli chcesz, możesz wystawić ocenę

Lajkuj, bądź na bieżąco: Attention Whore na Facebooku

wróć na górę ^