Blog

Uwaga, uwaga! Widzę po statystykach, jak sracie na okoliczne działy, więc przypominam, że mój blog, to nie tylko blog - to również kącik filmowy, kącik muzyczny, rysowanki, a teraz jeszcze facefuck. Wszystko dostępne zarówno z nawigacji, jak i z tego miejsca, co na nie właśnie patrzycie (dopóki go nie usunę).

Malaga, Tiki-Taki, Kasztanki

Data dodania: Czwartek, 2 czerwca 2016, 02:26

Jak powszechnie wiadomo, jestem aspołecznym gburem, który nie umie współżyć z innymi - ja nie lubię ludzi, ludzie nie lubią mnie, na imprezy, o ile mnie ktoś zaprosi, przychodzę w konkretnym celu i dla konkretnych osób, więc najczęściej siedzę w kącie, nie bawię się, nie tańczę ani nie rozmawiam, a jak mnie ktoś zapyta, czemu się nie uśmiecham, to odpowiadam, że mam paraliż twarzy - ale już szczególnie nie umiem współżyć z przygłupami i tłustymi, zapoconymi, sapiącymi grubasami, co nie spuszczają nawet wody po sraniu, bo przecież jaśniepan jest królem korpo i od tego jest sprzątaczka, więc pięć lat temu pizdnąłem wypowiedzenie i poszedłem na urlop, przysięgając na panią bozię, że na etat nie wrócę.

Życie bywa jednak przewrotne, bo jakiś czas temu mój kolega dostał pewną ofertę, której z różnych powodów sam przyjąć nie mógł, więc po negocjacjach z oferentem przekierował ją na mnie - a ponieważ oferta była korzystna, a moje życie akurat trochę jakby rozjebane, to złamałem własne hipsterskie zasady i z ucałowaniem w stópki ją przyjąłem, przez co od jakiegoś czasu mam coś, czego przez lata z powodzeniem unikałem, jak ognia - (werble) pracę.

To znaczy ja coś robię, a ktoś mi za to płaci, więc w tym rozumieniu faktycznie jest to praca, ale po pierwsze w myśl "rób to, co kochasz, a nigdy nie będziesz musiał pracować", a po drugie u mnie chyba już nigdy nie będzie normalnie, przestałem się już oszukiwać i pogodziłem z tym, że nigdy nie będę miał normalnej baby, znajomych, roboty, ani w ogóle życia, więc poza robieniem i płaceniem, wszystko inne jest pojebane.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że w ogóle nie muszę tam przychodzić, a mimo to przychodzę - z własnej woli, z wielką chęcią i radością (! sam nie wierzę w to, co piszę), na którą chcę i na ile chcę, a jeśli już przyjdę, to siedzę na podłodze albo leżę rozpierdolony z laptopem na takim czymś do leżenia (ortopeda już zaciera ręce), ludzie do biura przychodzą z psami (ja dla równowagi przychodzę z pchłami i mendami), psy srają na gazety i w ogóle, to jest jak w domu (w sensie w domu też sram na gazetę) - chociaż może trochę bardziej jak w zoo, bo wszyscy mówią po rosyjsku, angielsku, czesku, fińsku albo hiszpańsku, a mój najbliższy współpracownik jest Kazachem (takie rosjano-chińczyki, co to mówią po tureckopodobnemu i lubią Allaha, gwałty oraz bicie kobiet - świetnie się dogadujemy).

W każdym razie wracam któregoś pięknego dnia do swojej mieszkalnej nory, odpalam laptopa (tego samego, na którym pracuję, programiści nie mają życia ani kolegów, więc noszą laptopy zawsze i wszędzie i odpalają je nawet po pracy, żeby móc robić fuchy na boku, bo i tak nie mają nic lepszego do roboty, nikt ich nie lubi), a tu jeb - wiadomość z firmy, mniej więcej taka:

Hej, nie chciałbyś przez jakiś czas popracować w Maladze? (to takie cukierki)

No chciałbym. Cieszę japę, bo lubię cukierki, dzwonię z erekcją do mamy, odpisuję, potwierdzam, pakuję majty i skarpety, i dalej cieszę japę. Ale czemu o tym piszę? Bo mogę. Ktoś pewnie powie, że bezczelnie się przechwalam, i pewnie byłaby to prawda, ale bardziej istotna jest druga strona tego medalu: z podniety zapomniałem, że panicznie boję się latania - do tego stopnia, że tego posta zacząłem smarować na kilka tygodni przed wylotem, ot tak na rozluźnienie (zwieracz rozluźnię w samolocie), bo jest już za późno na odwołanie i musiałbym zabulić za odrezerwowanie hoteli i przelotów, a że jestem jak kurwa, to dla pieniędzy wsiądę nawet w samolot.

Kurwa, uważam samoloty za jeden z najgenialniejszych wynalazków ludzkości, szczerze podziwiam ludzi, którzy to wymyślili, i tych, którzy jako pierwsi testowali i odważyli się gdziekolwiek polecieć. To właśnie dzięki nim mam spierdolone nerwami kilka tygodni przed podróżą, oraz cały wyjazd, bo na miejscu człowiek będzie myślał tylko o tym, że już za chwilę znów go zamkną w jebanej metalowej puszce i wypierdolą na kilka godzin w powietrze. Czuję się jak Żyd w wagonie z Żydami, jadę chuj wie gdzie, chuj wie w czym i chuj wie po co, niby na wycieczkę, a jakoś tak nie cieszy. Przecież to jest, kurwa, jak próba samobójcza, z własnej woli, ciężko chory na łeb, wsiadasz w blaszane pudło i wypierdalasz do góry, a jak wylądujesz w całości, to znaczy, że się nie udała.

Za każdym razem, jak mam wsiąść w samolot, wyobraźnia zaczyna pracować i nie odpuszcza, dopóki nie wystartujemy (można powiedzieć, że boję się latania, dopóki jestem na ziemi, na górze jest spoko i nawet lubię). "Przecież kilka ton metalu nie ma prawa latać, to sprzeczne z logiką i fizyką. Czemu to ma tylko dwa silniki? A czemu nie cztery? A co będzie, jak jeden odpadnie? Będziemy latać w kółko, czy po prostu spierdolimy się na dół?".

Jakby tego wszystkiego było mało, to Kazach, z którym mam tam lecieć, od kilku dni chodzi i nuci piosenkę z Donniego Darko (to taki film o odpadniętym silniku), trzy dni przed moim przyjazdem okradziono dom, w którym mam zamieszkać, tydzień przed wylotem poznałem kolegę Andreasa Lubitza (w zasadzie to ex-kolegę, bo nie dość, że Lubitz od jakiegoś czasu nie żyje, to jeszcze go za to nieżycie mocno znielubili), zaś w dniu wylotu była gigantyczna burza, przez co samolot spóźnił się cztery godziny, a firma na wszelki wypadek zabukowała mi bilet tylko w jedną stronę, jakby czuli, że się rozpierdolę i zaoszczędzą na powrocie, bo przecież największa katastrofa w dziejach lotnictwa miała miejsce właśnie w Hiszpanii. Ale że jestem mądry i odpowiedzialny, to gdy tylko zaczęło lać, wiać i napierdalać, podszedłem do koleżanki z biura i mówię tak:

- Słuchaj, ja to pierdolę, w taką pogodę nie wsiądę w żaden samolot. Weźmy ślub, weź moje nazwisko, oddam ci bilet i rozpierdol się za mnie.

Tak, tak, nie oszukujmy się, przecież z moich treści i tak jasno wynika, że cierpię na różne fobie, depresje, nerwice, choroby psychiczne i małego penisa, do tego nie wiem, o czym mówię, co chwila zmieniam temat, jestem niespójny, nie umiem wyrażać myśli i jestem zakompleksioną życiową pizdą, a blog to tylko przykrywka, odreagowywanie i wylewanie frustracji, nie trzeba być Freudem, żeby to wiedzieć. Na przykład boję się jeszcze tego, że jak kiedyś będę spał u kobiety, to skasztanię się (Kasztanki to też takie cukierki) przez sen prosto w wyro (zresztą ten wątek pojawia się nawet w jednym z opowiadań, którego jeszcze nie napisałem). Wstyd, jak chuj.

PS Chwilę po wyskrobaniu tego wpisu wyskoczyłem z lecącego samolotu i przeżyłem, a po wszystkim dostałem chujowo zmontowane filmidło z gównianą muzyką, przez którą nie słychać, jak w samolocie piszczymy jak panienki (i jeszcze za to zapłaciłem, jak ten idiota, ale w zamian zesrałem się na pokładzie i rozmazałem wszędzie butem):

Komentarze

  • Czwartek, 18 sierpnia 2016 [23:00] plA

    Mnie również spotkała przygoda z Malagą - przecena w Tesco 50%. W koszu wylądowały 4 butelki - był więc wieczór z Malagą, potem Tiki Taki, a jakby się uprzeć, to i Kasztanka nie zabrakło (w tajemnicy szepnę, że wujek miał takiego konia - no ale w tym momencie interpretacja tego, co autor ma na myśli, jest dowolna)

    #

Jeśli chcesz, możesz wystawić ocenę

Lajkuj, bądź na bieżąco: Attention Whore na Facebooku

wróć na górę ^